Mit karate

Karate, obok gejszy, samuraja, haiku i mangi, to jeden z czołowych produktów eksportowych Japonii, rozpoznawany i utożsamiany z Japonią niemal w każdym zakątku świata. Karate, podobnie jak inne sztuki walk Dalekiego Wschodu, trafiło bezpośrednio do masowego odbiorcy na Zachodzie (głównie za sprawą filmu), stając się ważnym źródłem informacji na temat kultury i społeczeństw Azji. Zachód wyidealizował dalekowschodnie sztuki walk, zupełnie jakby w nich odkrył jakieś szczególne wartości, które albo nie istniały w kulturze Zachodu, lub zostały tu zdeprecjonowane. Karate i kung-fu, które kładą nacisk zarówno na doskonalenie ducha jak i ciała, które wyrzekają się przemocy oraz pielęgnują zasady etycznego postępowania, działają dziś jak odtrutka na choroby spowodowane dyktatem kultury wolnej amerykanki i wyścigu szczurów. Proszę spojrzeć, jak “Gwiezdne Wojny,” “Karate Kid,” czy inne hollywoodzkie produkcje celebrują te wartości. Niestety, karate i kung-fu obrosły w liczne mity i legendy, które zniekształcają obraz krajów, z których pochodzą. Poniżej spróbuję zdekonstruować kilka mitów o karate.

Mit samuraja.

W japońskiej kulturze istnieje pojęcie dō, oznaczające “drogę.” Japończycy nie ćwiczą sztuki ani rzemiosła, tylko podążają ich “drogą.” Nie uczą się ceremonii parzenia herbaty, podobnie jak nie wprawiają się w kaligrafii, tylko podążają drogą herbaty (sadō) i pędzla (shodō). Świat wyidealizował “drogę,” odnajdując w niej istotę natury Japończyka. Ponad wszystko uległ fascynacji “drogą samuraja” (bushidō), która wynosi honor i lojalność do rangi świętości. Wielu ludzi traktuje kodeks samurajski jak klucz do zrozumienia fenomenu współczesnej Japonii. Samurajskie pojęcia honoru, lojalności i obowiązku tłumaczą powody, dla których Japonia ruszyła na wojnę przeciw Ameryce (vide “Chryzantema i miecz” Ruth Benedict), oraz pomagają zrozumieć jej powojenny cud gospodarczy.
Karatecy nad wyraz chętnie nawiązują do symboliki samurajskiej (w Polsce istnieją kluby sportowe o nazwie “Samuraj” i “Ronin”). W karate – twierdzą karatecy – tkwi esencja kodu bushidō. Karateka praktykujący dzień w dzień formę kata, to jak samuraj dążący ku prefekcji we władaniu mieczem. Karate nie jest sportem. To prowadząca przez życie droga współczesnego samuraja.
Tymczasem tradycja bushidō była pierwotnie obca karate. Przede wszystkim karate nie pochodzi z Japonii – dotarło tu ono dopiero na początku ubiegłego wieku. Karate narodziło się na niewielkiej wyspie Okinawa, która aż do 1879 roku, zanim została zaanektowana przez Cesarstwo Japonii, była niepodległym państwem, zamieszkałym przez naród o odrębnej kulturze i historii. Królestwo Riukiu – bo tak wołano wówczas na Okinawę – poza nieliczną gwardią królewską nie posiadało armii. Nie istniała tu klasa samurajów, a tym bardziej nie obowiązywał kodeks wojownika. Skąd zatem bushidō w karate? Czyżby był to wymysł Europejczyków i Amerykanów, którzy w kulturze Japonii doszukują się wszędzie tradycji samurajskich? Po części tak, ale karate uległo “samuraizacji” głównie za sprawą samych Okinawiańczyków.
Mieszkańcy Okinawy nie mieli łatwego życia w przedwojennej Japonii. Co prawda cieszyli się lepszą pozycją społeczną, niż Koreańczycy czy Tajwańczycy, niemniej Japończycy traktowali ich jak obywateli drugiej kategorii. Z uwagi na olbrzymią odmienność kulturową Okinawy (lub “zacofanie cywilizacyjne,” jak nazywali to Japończycy) rząd długo zwlekał z nadaniem jej pełnych praw obywatelskich, fundując jej najpierw terapię przymusowej japonizacji. Polityka asymilacji spotkała się zresztą z pozytywnym odzewem pośród samych Okinawiańczyków, którzy widzieli w niej przepustkę ku nowoczesności oraz sposób na przezwyciężenie kompleksów. Im bardziej doświadczali dyskryminacji, tym usilniej podkreślali swą “japońskość.”
Japoński obraz Okinawy nie odbiegał daleko od wizerunku tzw. “krajów południowych mórz.” W oczach Japończyków wszystkie kraje od Tajwanu w dół aż po Indonezję zamieszkane były przez łagodne, acz prymitywne i leniwe ludy. Gorący klimat oraz łatwość zdobywania pożywienia miały jakoby tłumić w nich zdolności do innowacji, a w konsekwencji rozwój ich kultur. Okinawiańczycy niejednokrotnie posądzani byli o lenistwo, lub że ich kultura jest zbyt “miękka” i “niemęska.”
Karate nadawało się więc idealnie, aby pokazać prawdziwie “japońskie” – by nie rzec – “samurajskie” oblicze Okinawy. Urzeczeni Japończycy podchwycili ten mit i zaadaptowali na potrzeby własnej ideologii narodowej. Karate okrzyknięto kuźnią “japońskiego ducha” (yamato damashii) i wyniesiono do rangi narodowego sportu.
Po wojnie amerykańskie władze okupacyjne zdelegalizowały dżudo oraz inne sztuki walk, pragnąc wykorzenić z narodu japońskiego wszelkie ciągoty ku militaryzmowi. Karate ominął ten los, głównie dlatego, że nie było jeszcze tak powszechne jak dżudo, które w latach przedwojennych trafiło do szkolnego curriculum. Ponadto Amerykanie postrzegali Okinawę jako ofiarę japońskiej agresji i nie widzieli powodu, aby dokonać ideologicznej lustracji jej kultury. Tym samym karate obroniło swe “samurajskie” tradycje, które następnie z powodzeniem sprzedało na Zachodzie.

Mit pacyfizmu.

Okinawiańczycy z sukcesem stworzyli wizerunek narodu, posiadającego niechęć do wojen zakodowaną w genach. W przeciwieństwie do Japonii – twierdzą mieszkańcy Okinawy – gdzie zawsze obowiązwał kult miecza, kulturze Okinawy brak pierwiastka militarystycznego. Pacyfizm jest częścią strategii Okinawy w walce przeciwko amerykańskim bazom wojskowym, obecnych tu od sześdziesięciu lat i zajmujących blisko jedną piątą powierzchni wyspy, i w olbrzymim stopniu ukształtował tożsamość jej mieszkańców. Okinawiańczycy uważają się za ofiary japońskiego i amerykańskiego imperializmu. W XIX wieku stracili niepodległość i zostali poddani bezpardonowej polityce wynarodowienia. W 1945 roku Japończycy posłużyli się Okinawą jak tarczą w obronie ich świętej ziemi; podczas trwającej blisko trzy miesiące bitwy o Okinawę – największej w dziejach wojny na Pacyfiku – zginął co czwarty mieszkaniec wyspy. Zaś po wojnie przehandlowali ją z Ameryką w zamian za zwrot suwerenności. I choć Okinawa wróciła do Japonii w 1972 roku, to głównie na jej barkach spoczywa dziś ciężar japońskich zobowiązań wobec amerykańskiego sojusznika.
Okinawiańczycy argumentują, iż jest to historyczne nieporozumienie, aby kraj, który nie posiadał broni i nigdy nie prowadził z nikim wojen, miał dzisiaj firmować imperialną politykę obcego mocarstwa. Filozofia karate, której przesłaniem jest wyrzeczenie się przemocy, pomaga kształtować wizerunek narodu miłującego pokój.
“W karate nie ma ataku” (karate ni sente nashi) – to święte przykazanie, które każdy adept karate musi poznać, zanim postawi pierwsze kroki na jego drodze. Karate służy bowiem tylko i wyłącznie samoobronie. Jego siła jest tak niebezpieczna, że wolno uciekać się do jej użycia tylko w ramach ostateczności.
Filozofia karate niestety nie zawsze była w zgodzie z tym pięknym przykazaniem. Jego historia ma także swój ciemny rozdział, kiedy służyło ono krzewieniu japońskiego nacjonalizmu oraz gloryfikowało japońską ekspansję militarną.
Cofnijmy się do 1895 roku. Japonia odniosła właśnie pierwsze spektakularne zwycięstwo na arenie międzynarodowej pokonując Chiny w wojnie o wpływy w Korei. Wydarzenie to wywarło głębokie wrażenie na Okinawiańczykach. Oto Japonia jawiła się jako nowoczesne mocartwo dorównujące potęgom Zachodu. Okinawiańczykom zaimponowało, że przynależą do elitarnego narodu, zarzucili więc pamięć o niepodległym królestwie i poddali się procesowi asymilacji.
Udział Okinawiańczyków w wojnie z Chinami był skromny. Okinawa nie była jeszcze objęta ustawą o powszechnej służbie wojskowej i do Chin pojechali tylko ochotnicy (a wśród nich – co za przypadek! – mistrz karate Yabu Kentsū). Ustawę wprowadzono w 1897 roku, ale armia nadal niechętnie brała Okinawiańczyków, narzekając na ich niski wzrost, cherlawą posturę i kiepską znajomość japońskiego. Wojskowi lekarze przyuważyli jednak, że chłopcy uprawiający karate odznaczają się większą krzepą fizyczną i ogólnie lepszym zdrowiem. Władze prefektury wystąpiły wtedy z propozycją, aby wprowadzić karate na próbę do jednej ze szkół średnich, co nastąpiło w 1901 roku.
Od tego momentu wątek militarny będzie towarzyszył karate aż do końca II Wojny Światowej. W 1908 roku mistrz Itosu Ankō wyłożył “Dziesięć Przykazań Karate,” w których zawarł myśl, że karate powinno służyć wychowaniu żołnierzy. “Jeśli wprowadzimy karate do szkół podstawowych,” pisał, “wówczas w przeciągu dziesięciu lat rozpowszechni się w całym kraju, co będzie z pożytkiem tak dla społeczeństwa Okinawy, jak i armii.” [1]
W latach dwudziestych karate ruszyło na podbój Japonii. Uznany za prekursora japońskiego karate Funakoshi Gichin spotkał się w Tokio z tak entuzjastycznym przyjęciem, że postanowił tam osiąść na stałe i założyć własną szkołę. To właśnie Funakoshi walnie przyczynił się do “samuraizacji” karate.
W latach trzydziestych karate poczęło otwarcie mówić językiem propagandy, gloryfikując ideę budowy świata pod japońskim dachem. Przesłanie o niestosowaniu ataku bynajmniej nie konfliktowało z propagandą wojenną, wszak Japonia ruszyła na podbój Azji w imię obrony przed ekspansją zachodnich mocarstw oraz w imię wyzwolenia narodów spod jarzma kolonializmu. “Karate ma służyć słusznej sprawie,” pisał Funakoshi Gichin, po czym przyrównał je do armii japońskiej. “Aby zaprowadzić prawość i sprawiedliwość, użycie siły jest nieuniknione. Nasza armia jest niezwyciężona i nie ma sobie równych w świecie. Skąd pochodzi jej siła? Pochodzi z siły wiary. Pochodzi z głębokiego przekonania, że walczymy z nieprawością z nadania mandatu Niebios.” [2]
To, czy armia cesarska dopuszczała się mordów w słusznej sprawie, Funakoshi nie raczył spytać.

Mit “pustych dłoni.”

Karate w dosłownym tłumaczeniu znaczy “puste dłonie.” Nazwa ta przyjęła się dopiero w XX wieku, zaś wcześniej “karate” zapisywano znakami oznaczającymi “chińskie ręce”. Karate rozwinęło się pod wpływem chińskich sztuk walk w czasach, kiedy Królestwo Riukiu utrzymywało ożywione kontakty z Państwem Środka. Jednak poszukującym japońskiej tożsamości Okinawiańczykom niezręcznie było później przyznawać się do chińskich korzeni ich kultury, dlatego zamienili “chińskie ręce” na “puste,” dorabiając do tego nową historię. Karate miało jakoby narodzić się w czasach, kiedy na Okinawie obowiązywał absolutny zakaz posiadania broni, przez co jej mieszkańcy pozostali zdani na walkę tylko przy użyciu pięści i stóp.
Historia “pustych dłoni” stanowi część dziejów martyrologii ludu Okinawy. W 1609 roku japoński książe Shimazu z Satsumy najechał na Okinawę, pojmał króla i wywiózł go do Japonii, gdzie zmusił go do złożenia hołdu siogunowi i przyjęcia statusu wasala. Satsuma umocniła swe wpływy na Riukiu, przejęła kontrolę nad jego handlem zamorskim i nałożyła na królestwo wysokie podatki. Wydarzenie to urosło w świadomości Okinawiańczyków do rangi tragedii narodowej. Po inwazji nastały już tylko ciemne czasy “zniewolenia narodowego” i “kolonizacji Riukiu”. To właśnie Satsuma miała jakoby wydać edykt zabraniający Okinawiańczykom posiadania broni.
Karatecy na Zachodzie zinterpretowali tę historię na swój sposób, dodając do niej szczyptę romantyzmu. Otóż Satsuma dokonała ponoć okupacji militarnej wyspy. Japończycy urządzili “polowanie na miecze” i skonfiskowali Okinawiańczykom wszelką broń, pozwalając im tylko na posiadanie jednego noża na jedną wieś, nad którym pieczę zawsze sprawowało dwóch, uzbrojonych po zęby samurajów. Jednak dzielny lud Okinawy stawił opór wzniecając wojnę partyzancką, mimo że samurajskim mieczom mógł przeciwstawić tylko gołe pięści. Tak właśnie narodziło się karate, którego sztukę przekazywano z pokolenia na pokolenie w największej tajemnicy przed okupantem.
W rzeczywistości żadna okupacja nie miała tu miejsca. Zmusiwszy króla do złożenia przysięgi wasalnej Japończycy odesłali go na Okinawę i wycofali z niej wszystkie oddziały. Okinawa niewątpliwie straciła część suwerenności, ale mowa o kolonizacji i zniewoleniu jest wielką przesadą. Część warunków, na które król przystał podczas pobytu w niewoli, wkrótce została zarzucona lub nigdy nie wprowadzona w życie, zaś Satsuma nie miała możliwości ich wyegzekwowania. Japończycy nie utrzymywali na Okinawie żadnych sił zbrojnych. Ich interesy reprezentował tu tylko jeden urzędnik, który nie posiadał kompetencji do ingerowania w wewnętrzne sprawy królestwa. Historie o “polowaniu na miecze” i walkach partyzanckich są mitem.

Wymyślona tradycja.

Karate pod wieloma względami zasługuje na miano “wymyślonej tradycji.” “Wymyślone tradycje,” o których pisał znany historyk Eric Hobsbawm, niewiele mówią na temat istoty tradycji per se, a więcej o tym, w jaki sposób ludzie konstruują symbole, które legitymują ich byt jako naród, oraz w jaki sposób manipulują tymi symbolami. Swego czasu poszukujący usilnie japońskiej tożsamości Okinawiańczycy przedstawili karate jako czysto japoński sport. Japończycy chętnie podjęli ten mit, włączając go w nurt ideologii narodowej, której celem było udowodnienie wyższości cywilizacyjnej Japonii i usankcjonowanie ekspansji terytorialnej. Obecnie karate służy ideologii pacyfizmu, której funkcją jest podkreślanie odrębności kulturowej i etnicznej Okinawy, zaś celem politycznym wyrzucenie amerykańskich baz wojskowych.
Karate wpisuje się też pięknie w zachodnią tradycję “orientalizmu.” Odnajdując w karate honor, lojalność, skromność i szacunek dla starszych, Zachód odnalazł świat zaginionych wartości. Wyłaniający się z niego obraz Japonii i Okinawy jest mocno skrzywiony, ale to nie ma przecież większego znaczenia. Zachód poszukuje tylko zwierciadła, w którym mógłby ujrzeć swe własne oblicze i dookreślić swą tożsamość.

Przypisy:
[1] Kinjō Hiroshi, Karate taikan (Encyklopedia Karate), Shuppankan bukku kurabu, Tokio 2003, s.8.
[2] Nakasone Genwa, red. Karate dō taikan (Encyklopedia karate-do), Rokurindō shoten, Tokio 1991 [1938], s.70.

Stanisław Meyer

Share this