Japanese New Music Festival 2005

To jednodniowy mini festiwal, który cyklicznie, mniej więcej, co dwa lata przetacza się przez przeszło 20 miast w Europie. Autorem tego szalonego projektu jest Tatsuya Yoshida - perkusista, którym zachwyca się cały muzyczny świat, i który koncertował w Firleju w ubiegłym roku razem z Kazuhisa Uchihashi, świetnie czuje się zarówno w improwizacji, klasycznym jazzie jak i hardcorowym, intensywnym łomocie. Zapis z tego m.in. koncertu znalazł się na ostatniej płycie formacji Ruins Alone.
Na festiwalu obok Yoshidy wystąpi Tsuyama Atsushi i Kawabata Makoto z Acid Mothers Trio uznawanego jest za najbardziej esktremalną grupę świata, a koncerty przez nich grane zawsze przechodzą do legendy. Po prostu kosmiczna, space-rockowa psychodelia. Tych trzech muzyków wystąpi w siedmiu formacjach.

Jako RUINS – (Yoshida) czyli klasyka obłędu. Skrajnie oryginalne połączenie hardcora i rocka progresywnego, muzyki współczesnej i freejazzu z brutalnym noisem. W partiach wokalnych - śpiew wykonywany w języku ruińskim.
AKATEN (Tsuyama/Yoshida) 
 unikatowe połączenie żartu i improwizacji. Niezwykła rejestracja dźwięków pochodzących z otaczającej nas rzeczywistości. Jako instrumenty służą im otwieracze do butelek, nożyczki , zamki błyskawiczne.
ZOFFY (Tsuyama/Kawabata)
sztuka muzycznej parafrazy. Wyrasta z gruntownej wiedzy konserwatoryjnej oraz swobodnej improwizacji korzystającej z doświadczeń europejskiej muzyki dworskiej i klasycznego rocka pojawiającego się w formie zmasakrowanych, dekonstruktywistycznych coverów.
SHRINP WARK (Kawabata/Yoshida)
wulkaniczna erupcja muzycznych brzmień - wszystko eksploduje, drga, przytłacza dźwiękiem, i zastyga, słowem chaos pod kontrolą inspirowany grupą The Heat.

Acid Mothers Temple
... czyli objawienie. Zespół dość nieoczekiwanie został uznany za najbardziej ekstremalną i psychodeliczną grupę świata, obecnie nagrywa dla wielu wytwórni a ich występy na żywo coraz częściej są określane jako "legendarne". Jeśli sądzisz, że zachwyt dla kompletnego odjazdu masz już za sobą, podczas tej trasy posłuchaj oryginalnego składu AMT
Zubizyuva - X ZUBI ZUVA X (Yoshida/Tsuyama/Kawabata)
... czyli rytm, rytm i jeszcze raz rytm. Polirytmiczne lub pozbawione rytmicznej struktury eksperymenty wokalnego tria założonego w roku 1995 przez Yoshidę polegają na połączeniu chorału gregoriańskiego, śpiewu alikwotowego nawiązującego do najstarszej tradycji tuwiańskiej, z doo-wopem, hardcorem oraz muzyką z kreskówek. Lektura obowiązkowa dla badaczy ostatecznych granic świata dźwięku. Zespół wystąpi w składzie powołanym specjalnie na potrzeby tej trasy.
SEIKAZOKU (Kawabata/Tsuyama/Yoshida)
Pełne dezynwoltury poąłczenie wszytskich isniejących do tej pory nutrów od muzyki klasyczne, przez rok,myzykę etno do jazzu. Oczywiście połączone z typowym dla tych muzyków temeramentem, któ®y stanowi najważniejszą ingerdiencje tego koktailu.

Miejsce i data:

7 listopada o godz. 20.00 we wrocławskim klubie Firlej. Japanese New Music Festival 2005.
Szczegóły na http://www.firlej.wroc.pl/

Występują:

RUINS
Kultowy i pionierski duet perkusyjno-basowy. Szaleństwo i progresja porażające intensywnością i wymykające się wszelkim klasyfikacjom.
AKATEN
Nieprzewidywalny projekt performersko-muzyczny oparty o improwizację i absurdalne poczucie humoru.
ZUBI ZUVA X
Ekscentryczne, polirytmiczne trio wokalne.
ZOFFY
Klasyka rocka i muzyka dawna w obrazoburczych, zdekonstruowanych wersjach.
ACID MOTHERS TEMPLE
Kosmiczna, space-rockowa psychodelia.

RUINS
czyli klasyka obłędu. Pionierzy nurtu muzyki basowo-perkusyjnej. Duet, który potrafi wykreować brzmienie orkiestry symfonicznej. Skrajnie oryginalne połączenie hardcore`a i rocka progresywnego, muzyki współczesnej i freejazzu z brutalnym noisem. W partiach wokalnych - śpiew wykonywany w języku ruińskim.
Ruins są bodaj najdłużej działającym i jednym z najbardziej szanowanych japońskich zespołów, wydali przynajmniej kilkanaście albumów, (m.in. dla Tzadik Johna Zorna i Ipecac Recordings Mike`a Pattona), wiele EPek, współpracowali z takimi artystami jak Derek Bailey, Jason Willet, Ron Anderson, Kazuhisa Uchihashi, Koenji Haino, John Zorn.
Rafał Księżyk (Antena Krzyku) o Ruins:
"Przełożona na dźwięki japońska wścieklizna spod znaku banzai i harakiri. Działający od 1985 roku duet to dziś weterani noise. Wielu dziś artystów radykalniejszych, ale Ruins wciąż pozostają jedyni w swoim rodzaju. Upiorna fuzja starego hard rocka z echami King Crimson i francuskiej Magmy podana w klimacie ekstremalnego metalu i najbardziej pokręconego hardcore lat 80. Zagrana na bas i perkusję, ale operująca natłokiem dźwięków i bogactwem brzmień, które przeczą fizycznej wydolności muzyków. A ci dodają jeszcze szalone wokale".(Rafał Księżyk)

Więcej o Ruins:

http://www.skingraftrecords.com/bandhtmlpages/ruinspg.html

AKATEN
Yoshida/Tsuyama, czyli unikatowe połączenie żartu i improwizacji. Zainteresowania powstałej w roku 1995 grupy koncentrują się na rejestracji dźwięków pochodzących ze środowiska naturalnego. Aparatu fotograficzne, nożyczki, suwaki spodni i kurtek, otwieracze do butelek wykorzystywane jako instrumentarium perkusyjne, symulowany ptasi śpiew, sample z transmisji walk sumo ... w muzyce Akaten wszystko wydaje się dozwolone.

ZUBIZUWA - X
Polirytmiczne lub pozbawione rytmicznej struktury eksperymenty wokalnego trio założonego w roku 1995 przez Yoshidę polegają na połączeniu chorału gregoriańskiego, śpiewu alikwotowego nawiązującego do najstarszej tradycji tuwiańskiej, z doo-wopem, hardcorem oraz muzyką z kreskówek. Lektura obowiązkowa dla badaczy ostatecznych granic świata dźwięku. Zespół wystąpi w składzie powołanym specjalnie na potrzeby tej trasy.

ZOFFY
czyli sztuka muzycznej parafrazy. Muzyka zespołu wyrasta zarówno z gruntownej wiedzy konserwatoryjnej jak i swobodnej improwizacji korzystającej z doświadczeń europejskiej dworskiej i klasycznego rocka pojawiającego się w występach zespołu w formie zmasakrowanych, dekonstruktywistycznych coverów. Coś dla osób z dużym poczuciem specyficznego humoru podążających z dala od utartych szlaków. Być może ultima thule muzyki rockowej.

ACID MOTHERS TEMPLE
czyli objawienie. Zespół dość nieoczekiwanie został uznany za najbardziej ekstremalną i psychodeliczną grupę świata zyskując niemałą popularność w Stanach Zjednoczonych. Obecnie nagrywa dla wielu wytwórni a ich występy na żywo coraz częściej są określane jako "legendarne". Jeśli sądzisz, że zachwyt dla kompletnego odjazdu masz już za sobą, podczas tej trasy posłuchaj oryginalnego składu AMT (Kawabata Makoto i Tsuyama Atsushi) wzmocnionego przez członków Ruins. Taką konfigurację muzycy nazwali HHH: Heretical Heritage Heroes.
„Acid Mothers, maniacy zafiksowani na acid rocku lat 60. niestrudzenie nagrywają arcydzieła psychodelii, jakby wyjęte spoza czasu. Żrące i dzikie brzmieniowe arcydziełko garażowego space rocka z rejonów Yahowa XIII, Amon Duul, Hawkwind, Gong. Kwaśne Matki grają ogniste, tripowe improwizacje. Od onirycznego folku o archaicznym posmaku rwą w rejonu, gdzie wycie gitar, nie słabnąc kłębi się w medytacyjnych formach. Elektryczny szok od pierwszej do ostatniej minuty”.
Więcej:
www.acidmothers.com

recenzje:

FESTIWAL NOWEJ MUZYKI JAPOŃSKIEJ
Centrum Sztuki Współczesnej, Warszawa, 08.10.2003

Zgodnie z zapowiedziami na Festiwalu Nowej Muzyki Japońskiej miało odbyć się pięć koncertów różnych zespołów stworzonych jednakże przez cztery te same osoby. Na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego, okrytego przy tej okazji przeciwdeszczowym namiotem, zgromadziło się sporo osób złaknionych japońskiej awangardy. Muzyka (która jest praktycznie nieznana i nieosiągalna w Polsce, ale także niemal w całej Europie) jest dla nas czymś zupełnie egzotycznym, a przy tym fascynującym i pociągającym. Odmienność kultury japońskiej manifestuje się praktycznie w każdej dziedzinie twórczości artystycznej: od tradycyjnej sztuki, przez fotografię, komiks aż po muzykę. Szczególnie wyraźnie widać to właśnie na przykładzie tamtejszego muzycznego undergroundu, który jak w soczewce skupia różnice mentalne i kulturowe pomiędzy naszym kontynentem a Krajem Kwitnącej Wiśni.
Oprócz nielicznej grupy słuchaczy zaangażowanych w tę twórczość, do Centrum Sztuki Współczesnej przybyło też sporo osób ciekawych czegoś absolutnie oryginalnego i skrajnie odmiennego od dzialań artystycznych spotykanych u nas na co dzień. Przecież ceny płyt z tą muzyką są w Polsce praktycznie zaporowe, a szanse na zgłębienie japońskiej awangardy w jej rodzinnym kraju mają także jedynie nieliczni. Tym większy szacunek należy się organizatorom festiwalu, którzy nie dość, że ściągnęli skośnookich eksperymentatorów do naszej ojczyzny, to jeszcze wyznaczyli zupełnie przyzwoitą cenę biletu - 30 PLN. Mimo panującego chłodu, dziedziniec zamku wypełnił się więc dość szczelnie.
Hasło promocyjne festiwalu "4 persons - 5 projects" brzmi dość odważnie i intrygująco, niemniej jednak los postanowił je nieco skorygować i sprowadzić imprezę do jeszcze bardziej skondensowanej postaci. Okazało się bowiem, że do Europy przybyło tylko trzech muzyków, bowiem niejaki Sasaki, znany przede wszystkim jako basista The Ruins, uległ wypadkowi i musiał zostać w domu. Pozostała trójka miała więc lekko utrudnione zadanie dzięki czemu współczynnik szaleństwa przedsięwzięcia wzrósł jeszcze bardziej.

Zubi Zuva X

Około godziny 20.00 "trzej samotni samuraje" rozpoczęli koncertowanie. Ich pierwsza emanacja nosiła nazwę Zubi Zuva X i okazała się ekscentrycznym i polirytmicznym triem wokalnym występującym a'capella. W ramach przywitania i zbliżenia naszych kultur muzycy zagaili do publiczności po polsku, po czym odśpiewali pierwszy utwór również w naszym języku (przyznać trzeba, że całkiem zgrabnie im to wyszło). Dzięki specyficznemu poczuciu humoru od razu było widać, że ich występ będzie bardziej happeningiem niż "zwykłym" koncertem. Przykład? Już podczas pierwszego numeru sporo osób zaczęło robić zdjęcia, na co muzycy odpowiedzieli wyjęciem z kieszeni "idiot camer" (jakich nie powstydziłby się żaden turysta z ich rodzinnego kraju) i opstrykali rozbawioną publiczność. Po przełamaniu pierwszych lodów występ trwał dalej, zaś drugi kawałek przywodził na myśl doo-wop'ową muzykę z lat pięćdziesiątych, Trzeci utwór to "5 European Countries In 3 Minutes", czyli kpiarska, wokalna podróż przez Hiszpanię, Włochy, Francję, Wielką Brytanię, aż po Niemcy, wzbogacona aktorskimi popisami. Chwilę później muzycy pokazali swoje kolejne diametralnie inne wokalne oblicze: połączyli tradycyjny śpiew japoński, z pigmejskim i gardłowym, mongolskim, basowym śpiewem z rejonu Tuwy. Efekt piorunujący! Na sam koniec zaprezentowali jeszcze dwa utwory w bardziej wesołej, wręcz prześmiewczej i pełnej absurdu konwencji i po około 25 min. zakończyli występ, zapowiadając, iż za kilka minut będą z powrotem. Kto spodziewał się konwencjonalnej imprezy, już chyba po Zubi Zuva X stracił złudzenia.

Akaten

Zgodnie z obietnicami po pięciu minutach na scenę wkroczył Akaten czyli duet, który jako instrumenty wykorzystuje przeróżne przedmioty codziennego użytku. Co utwór to inny sprzęt, a każdy z nich dość zgrabnie przedstawiony został po polsku. Na pierwszy ogień poszedł suwak błyskawiczny futerału o rozmiarach skrzypiec, który spełniał rolę gitary (mam na myśli brzmienie i sceniczne zachowanie muzyka). Akaten stworzył dzięki temu chyba nowy gatunek muzyczny (nazwijmy go zip-metalem). W życiu bym nie pomyślał, że zwykły, niewinny suwaczek może brzmieć tak hardcore'owo! Do tego dochodził łomoczący, dudniący rytm. Bohaterem drugiego utworu były nożyczki, cudacznie "nastrojone", które generowały sam huki i hałasy. To był znowu ciężki kawałek! Kolejnym ekscentrycznym instrumentem była plastikowa butelka użyta do grania dziwacznej, przestrzennej muzyki ambient. "Festiwal Sprzętów Domowych" był kontynuowany w kolejnym utworze za sprawą tarki warzywnej i bodaj rzepy. Drugim instrumentem była (zwykła) gitara, której używali już do końca występu. Jak na "prawdziwych" Japończyków przystało, muzycy wykorzystali również aparat fotograficzny: trzask zwalnianej migawki i szum jej naciągania były podkładem rytmicznym do ckliwej balladki, podczas której wyśpiewali nazwy przeróżnych aparatów, z kultową Leiką na czele. Ostatnim użytym na scenie tego wieczoru sprzętem domowym była szczoteczka do zębów. Osobliwie to wszystko brzmiało! Jak widać absolutna minimalizacja nakładów i środków, nie przeszkadza tworzyć intrygującej sztuki. Bo przecież muzykom nie chodziło jedynie o zagranie miłych dla ucha dźwięków na przedmiotach codziennego użytku, ale raczej o realizację pewnego konceptu i surrealistycznego żartu.
Na sam koniec występu Akaten odbyła się prezentacja ornitologicznych zainteresowań grupy. Przed każdym z krótkich utworów panowie przedstawiali rysunek ptaka, po czym imitowali jego śpiew. Instrumentarium przez nich użyte to gitara i bas oraz (momentami) perkusja. Były więc ptasie śpiewy w wersjach rock'n'roll, metal, muzyka współczesna, jazz-rock i rock progresywny. Świetny występ, pełen dadaistycznych pomysłów i realizujący bardzo oryginalną ideę awangardowego grania.

The Ruins

Trzecim projektem tego dnia miał być duet The Ruins, najlepiej chyba znany ze wszystkich projektów naszej trójki. Ponieważ wspomniane wcześniej zdarzenie losowe pomniejszyły skład tej grupy o połowę, w związku z czym perkusista Yoshida Tatsuya musiał wystąpić sam. No może nie do końca sam: wspomagany był jeszcze przez - jak go nazwał - Doktora Samplera. Partie basu oraz sporadycznie używane inne instrumenty zostały więc puszczone z płyty, a Yoshida grał i wyśpiewywał do nich wrzaskliwe teksty w jakimś dziwacznym azjatyckim narzeczu. Z jednej strony to szkoda, że The Ruins wystąpili z protezą w postaci samplera, ale z drugiej - pozwoliło to skupić się na grze perkusisty, w mojej opinii wirtuoza. Nieprawdopodobna swoboda grania chaotycznych utworów, w których jazz spotyka się z hardcorem i transowym graniem gitarowym, wzbudziła mój wielki szacunek. Występ był zdominowany przez agresywne i połamane granie na najwyższych obrotach. To niesamowite, jak wiele dziwacznych brzmień i energii potrafią ci Japończycy wyciągnąć z pozornie ograniczonego instrumentarium!
Większa część koncertu The Ruins upłynęła pod znakiem ostrego grania, dopiero pod sam koniec usłyszeliśmy utwór wolniejszy, mniej agresywny co nie znaczy wyciszony: z samplera wydobywały się raczej nieprzyjemne dla ucha szmery. Właśnie pod koniec występu Yoshida zagrał kilka utworów nieco mniej typowych dla The Ruins: pozwolił sobie na kpinę z rocka progresywnego, poimprowizował trochę grając równocześnie na perkusji i gitarze, po czym zakończył show grając najweselszy z wszystkich zagranych tego wieczora kawałek. Jak już wspomniałem, jestem pod ogromnym wrażeniem jego gry, obronił on w pojedynkę legendę The Ruins. Ten występ, podobnie jak i Akaten, trwał około czterdziestu minut.

Zoffy

Czwartym projektem było Zoffy, znowu duet, tym razem złożony z Tsuyamy i Kawabaty. Podobnie jak występ Akaten, ten koncert także składał się z dwóch części. W części pierwszej wysłuchaliśmy interpretacji muzyki trubadurów. Nie wiem, czy była to tradycyjna muzyka japońska, czy też pochodziła ona częściowo z naszego kontynentu, ale fakt faktem, że brzmiała średniowiecznie. Kawabata grał na gitarze używając smyczka, zaś jego partner grał na flecie i śpiewał. Ich muzyka i ubiór wytworzyły dość specyficzny dworski nastrój. Ekscentryczny duet zagrał kilka swoich trubadurskich opowieści po japońsku, które jednak w porównaniu z wcześniejszymi występami były nieco mniej porywające. Odbiór tej muzyki był też utrudniony przez coraz bardziej dojmujący na dziedzińcu przenikliwy chłód.
Drugie oblicze Zoffy było diametralnie inne od pierwszego: obaj panowie chwycili za gitary i popłynęli w farsę i obrazoburczą zgrywę. Tylko jeden element z pierwszego oblicza pozostał ten sam: inspiracja tradycją, ale tym razem tradycją klasycznego rocka. Na pierwszy ogień poszło Smoke on the Water - wymarzony wręcz utwór do pastiszu i robienia sobie jaj. Później "dostało się" Hendrixowi. Zoffy zagrali te covery w tak zdekonstruowanych i celowo niemelodyjnych wersjach, że nie mogłem rozpoznać większości z nich. Jednak właśnie o to muzykom chodziło: o usunięcie z tych hiciorów jakiejkolwiek przebojowości, która sprawia, że są one nieodłączną częścią imprez podpitych studentów i kręcą łzy w oczach pięćdziesięciolatków wspominających młodość. Te piosenki stały się tak nieprzyjemne, że właściwie ciężko było ich wysłuchać. Szczytem wszystkiego i ukoronowaniem idei destrukcji przebojów było kończące koncert wykonanie Stairway to Heaven po japońsku. Wykonanie - trzeba dodać - iście okropne: to co w pierwotnej wersji było atrakcyjne, tutaj zostało przeżute i wyplute przez celowo niestrojących i fałszujących muzyków. Niejeden fan Led Zeppelin mógłby stracić nerwy słuchając tego coveru.

Acid Mothers Temple

Festiwal zakończył koncert Acid Mothers Temple i było to zakończenie w wielkim stylu. Tutaj nie było już kpiny i dadaistycznych zgryw. Japończycy zagrali zupełnie poważnie porcję rozbudowanej, psychodelicznej muzyki w klasycznym rockowym składzie. Pierwsze pół godziny koncertu to tylko dwa utwory, ale za to jakie! Długie, pełne nawarstwiającego się napięcia i rozwijających się struktur opartych na wzajemnym przenikaniu się linii basu i gitary, wspartych motoryczną perkusją i - z rzadka - wokalem. Grający na perkusji Yoshida prezentował zupełnie inny styl gry niż w The Ruins, nie było już tych wszystkich krótkich, połamanych fraz, lecz bębnienie wspierające gitarę i odbywające wraz z nią długie podróże w sprzężenia i solówki. W pewnych momentach Kawabata grał nawet na dwóch gitarach równocześnie! Po kilkunastu minutach budowania napięcia i zbliżaniu się nieuchronnie do końca pierwszej części koncertu, nastąpiło wyciszenie i zwolnienie, ale - jak się okazało - tylko po to by rozpocząć dźwiękową eksplozję od nowa. Sfinalizowała się ona istnym wybuchem ogłuszającego noisu (gitary były już bliskie zniszczenia, a perkusja eksplorowała zupełnie połamane rytmy). Po takiej wspaniałej, trzydziestominutowej muzycznej epopei nastąpiły dwa bisy o trochę innym obliczu. Oba były krótkie: pierwszy zaczął się tradycyjną, japońską pieśnią, po której nastąpił niespodziewany wybuch muzycznej agresji. Także drugi z bisów bardziej przypominał Fantomasa lub The Ruins, niż wcześniejsze, długie kompozycje. Acid Mothers Temple nie przypadkiem zostali wyznaczeni do roli ostatniego wykonawcy, gdyż po wcześniejszych projektach pełnych puszczania oka do publiczności i prezentujących muzykę lekko surrealistyczną, pokazali, że Japończykom bliska jest także "poważna" awangarda. Jak przystało na zespół wręcz kultowy, postawili oni podczas tego wspaniałego wieczoru dobitnie "kropkę nad i".

Nie pozostaje mi nic innego niż uznać Festiwal Nowej Muzyki Japońskiej za imprezę pierwszorzędną, udanie balansującą na granicy muzyki i happeningu wypełnionego oryginalnymi konceptami i wizjami sztuki. Panowie zapowiedzieli powrót do naszego kraju, nie pozostaje więc nic innego jak czekać na kolejną edycję festiwalu. Może do tego czasu założą kolejne, nowe projekty?

(Piotr Lewandowski, www.popupmagazine.pl)

Wypowiedzi internautów:

„Łamanie konwencji muzycznych w formie spektaklu para-kabaretowego, doprowadzenie do paradoksu form muzyki progesywnej, otwarcie słuchacza na mnogość dźwięków, które można wyprodukować nie tylko z instrumentów - stanowiły o sile tego spektaklu”.

„Japońcy mieli kapitalne pomysły, ale za krótko je prezentowali (albo za długie były przerwy między kawałkami).”

„Japanese New Music Festival pomógł mi wreszcie w pełni zrozumieć klasyczne japońskie filmy o Godzilli i jej licznych kolegach - polecam wszystkim gorąco, szczególnie te wyreżyserowane przez Ishiro Honde”

„Japońskie eksperymanty były nie lada wyzwaniem dla słuchacza. Osobiscie jestem na tak - dawno nie zostałem tak potężnie ogłuszony perkusją a nie wprowadzony w trans jak w końcowej części mini festiwalu. Poza tym muzycy mieli abstrakcyjne poczucie humoru - i było to zaletą ich występu. Rozumiem jednak, ze mógł ktoś tego nie znieść. Był to jakby nie spojrzeć terror na słuchaczu:)”

Recenzja wydanej w Polsce płyty:
Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O. - Close Encounters Of The Mutants (Multikulti2004)
TOMASZ JANAS (GAZETA WYBORCZA Poznań z dnia 03/01/2005 str. 6):

(...) Właśnie w rockowo-noise'owych okolicach porusza się Acid Mothers Temple. Ich najnowszy krążek jest kolejnym dowodem, jak fascynująca może być rockowa muzyka, gdy... dokona się jej dekonstrukcji. Recenzenci piszą, że to "space rock", że to współczesna wersja gitarowej psychodelii, ale przecież mamy tu także niemal punkrockową dynamikę, szorstkość i transowość, a przy tym rozbudowane formalnie, finezyjne granie. Może jednym z najwłaściwszych skojarzeń byłyby dokonania Captaina Beefhearta z czasów płyty "Trout Mask Replica" - zwłaszcza jeśli chodzi o muzyczny radykalizm, bezkompromisowość, otwartość i swobodę korzystania z dowolnych inspiracji. (...) Kto lubi twórcze eksperymenty, a nie słyszał wcześniej Acid Mothers, może zacząć poznawanie grupy od tego krążka. Tych, którzy zespół znają, nie trzeba chyba namawiać.

Recenzje wydanej w Polsce płyty:
Tatsuya Yoshida/Kazuhisa Uchihashi "Hercules Icy Club" dokumentującej ich ub.r. polska trasę koncertową
(Tone Industria2005)

Wojtek Wysocki (nuta.pl)

Przeciętnemu zjadaczowi chilloutowego jazziku, względnie rockowej siermięgi rodem z radiowej Trójki, muzyka improwizowana wydaje się zapewne chaotycznym napieprzaniem w instrumenty; bez ładu i składu... i w ogóle bez sensu. Efekty tego słuchowego lenistwa są takie, że na listy przebojów wdrapują się piorunem takie monstra skrajnego rockowego kiczu jak Coma, czy Ewelina Flintaże za szczyty eksperymentatorskiej inwencji uznawane są wciąż nudziarskie podrygi emerytów z King Crimson, a trzy czwarte populacji Polaków zachwyca się "głębią i bogactwem" nagrań Scorpions czy jakiegoś innego Deep Purple z orkiestrami.
Tymczasem mam w rękach niepozorną, wydaną w niewielkim nakładzie płytkę z zapisem czterech koncertów jakie pół roku temu zagrali we Wrocławiu, Krakowie i Warszawie dwaj japońscy improwizatorzy, Kazuchisa Uchihashi i Tatsuya Yoshida. Perkusja, gitara i garść deformującej ją elektroniki... Tyle wystarcza im do stworzenia muzyki tak żywiołowej i mającej tak pełne brzmienie, że większość wieloosobowych składów to przy nich ścibolenie na instrumentach dla przedszkolaków. Obaj grają ostro i agresywnie, z wyraźnie rockowym nerwem. Nie ma tu subtelności – to muzyka, która ma drażnić i atakować – co jednak, bynajmniej, nie przeszkadza muzykom dokonywać w trakcie karkołomnych i błyskotliwych eksperymentów z brzmieniem, a zwłaszcza techniką gry. Wbrew temu, czego można by się spodziewać po zawsze skłonnych do przesady Japończykach, te w stu procentach improwizowane utwory mają jednak swoją dramaturgię.
Szaleńcze ataki perkusji i nieprzewidywalne zawijasy gitary co i rusz konkretyzują się w czytelne i wyraźnie podane tematy, gdzieś tam zbliżające się klimatem do idei free rocka. "Hercule’s Icy Club" to idealne współgranie szaleństwa i intuicji. Muzycy nawet na chwilę nie tracą kontroli nad improwizacją; niczym rasowi stratedzy wyczuwają ruchy współimprowizatora na długo zanim te ruchy nastąpią i potrafią reagować na nie w piorunującym tempie i z iście azjatycką gracją. To wielki popis feelingu, ekspresji i wyobraźni. A pomysłów na kompozycje tu tyle, że wystarczyłoby do obdarowania nimi polskiej sceny rockowej następnych dwudziestu lat. Tym bardziej, że jeden z kawałków nosi uroczo swojski tytuł "Smalec On Fire"...

Łukasz Iwasiński (Fluid)

Zachwycająca płyta dwóch japońskich mistrzów improwizacji totalnej, będąca pamiątką z ich wizyty w Polsce w grudniu zeszłego roku. Tym mi bliższa, że miałem przyjemność uczestniczyć w jednym z koncertów w ramach tej trasy. Perkusista Kazuhisa Uchihashi i gitarzysta Tatsuya Yoshida - artyści, których lista osiągnięć i zasług zajęła by pewnie parę stron, wznieśli się na wyżyny swych możliwości. Pamiętam, że rozpoczynający występ w CSW solowy popis Toshidy mnie nie powalił (podobnie, jak jego udział w Painkillerze podczas zeszłorocznego WSJD; motoryczna, potoczysta gra muzyka, jakkolwiek ogromnie sprawna, to w tamtym akurat kontekście nie umywała się do betonowego, dużo silniej osadzonego w dubie bębnienia Micka Harrisa). Kolejną częścią imprezy była (zdecydowanie ciekawsza) solowa prezentacja Uchihashi’ego. Po niej obaj muzyce połączyli siły. Grając w duecie, z ogromną ekspresją, zachowując jednocześnie stoicki spokój i pełną kontrolę nad materiałem, wygenerowali dźwięki będące emanacją czystego geniuszu! Te właśnie fragmenty koncertów znalazły się na omawianej płycie.
Utwory są przeważnie zaskakująco (zważywszy na dwuosobowy skład) gęste, mięsiste, niekiedy godne małej orkiestry. Ich akcja zwykle rozwija się szybko. Pędzą na łeb, na szyję gorączkowym, karkołomnym, acz – tak naprawdę - przemyślanym tokiem, cały czas utrzymując szaloną intensywność. Korzystając z samplera i różnych efektów muzycy zapętlają, przetwarzają, nawarstwiają emitowane dźwięki. To, posiadające niewątpliwie ogromną muzyczną wyobraźnię duo rozwija swe - na pierwszy rzut ucha chaotyczne - improwizacje bardzo świadomie, z imponującym wyczuciem dramaturgii i niepojętym wręcz rozumieniem intencji partnera. Artyści atakują głównie surowymi, paroksyzmowymi, gęstymi nawałnicami, szalenie motorycznymi pochodami, jednak paleta nastrojów zawartych w tej muzyce jest dość bogata. Nieobce jej elementy groteski, czy swoiste ludyczne zacięcie, wyczuwalne choćby w zawodzących wokalizach Yoshidy. Co typowe dla najwybitniejszych improwizatorów – w ich rękach instrumenty stają się narzędziem kreacji zupełnie autonomicznej rzeczywistości. Zwiedzanie jej to pełna przygód wyprawa w dźwiękowy świat, który wyłania się na naszych oczach (w zasadzie to uszach), ewoluuje w brawurowym akcie twórczym. Świat tym bardziej fascynujący, że projektowany jest przez obdarzonych niebywałą fantazją, charyzmą, a przy tym nie pozbawionych jaj i pewnej przewrotności architektów. Jeśli ktoś twierdzi, że twórczość z kręgu wyzwolonej improwizacji sprowadza się do nieskoordynowanej sekwencji dźwięków, sonicznej anarchii – zachęcam do posłuchania płyty dwojga Japończyków. W tej muzyce nie ma nic trudnego, ani nieprzystępnego. Może wymaga wyzwolenie w sobie pewnych pokładów wrażliwości, może przestawienia - opanowanej przez wszechobecny jednowymiarowy, nie wymagający jakiegokolwiek zaangażowania kulturowy chłam - percepcji, a w zamian zaoferuje fascynującą przygodę!

Tomasz Janas ("Gazeta Wyborcza")

Dla odważnych słuchaczy, lubiących radykalne pomysły muzyczne, może być to niezwykła przygoda. Oto bowiem ukazała się w Polsce płyta, którą nagrali w duecie Tatsuya Yoshida i Kazuhisa Uchihashi. Płyta nagrana na żywo podczas grudniowej trasy koncertowej duetu w naszym kraju. Płyta w stu procentach improwizowana. Ale jakaż to improwizacja!
Japońska awangarda muzyczna jest zjawiskiem szczególnym. Fascynacja jej dokonaniami stosunkowo niedawno dotarła do naszego kraju. Kto chce się z nią zapoznać, może z pewnością zacząć od tego krążka. Nagrali go dwaj słynni artyści, doświadczeni pracą w zespołach takich, jak Ruins, Painkiller czy Ground Zero. Dla sympatyków gatunku to wystarcza za rekomendację, wystarczają zresztą nazwiska obu wykonawców.
Nie znajdziecie tu melodii. To wulkan energii, wściekła pogoń sfuzzowanej gitary z perkusją jak dynamit, czasem wspierana specyficznym śpiewem. Nie jest to jednak jałowa sztuka robienia hałasu, choć pewnie część słuchaczy mogłaby odnieść takie wrażenie. To, wbrew pozorom, przemyślana struktura, odwołująca się do języka i tradycji awangardy. Muzyka o sile katharsis, przepełniona emocjami. Zarazem przykład na to, jak niezwykłe porozumienie może łączyć dwóch muzyków, improwizujących w ogromnym pędzie z niezliczonymi zmianami tempa - a zarazem brzmiących jak jeden organizm.
To krążek, który będzie szczególną atrakcją dla wielbicieli eksperymentów.

Więcej informacji:

http://www.serpent.pl/koncerty/2004/uchihashi-yoshida.html
http://www.independent.pl/koncerty/festiwale/japanese_newmusic/strona_ja...
http://emd.pl/3u/Autor:Wschodnie_Triady#Uchihashi.2FYoshida_-_p.C5.82yta...
http://sklep.serpent.pl/opis.php?lang=&id=9220

Informacja nadesłana,
opublikował: Kamil Drzewiński

Share this