„Kumagai. Droga wojownika”

Stary wojownik Kumagai wspomina swoją przeszłość i porównuje ją z Opowieściami Heike. Wspomina życie na cesarskim dworze, przywołuje w pamięci cuda miasta Kioto oraz wojnę, w której prowadził klan Heike do władzy, a później był świadkiem jego upadku.
Wśród wielu zalet tej barwnej kroniki głęboką satysfakcję daje czytelnikowi odkrycie sposobu, w jaki natura tego prostolinijnego człowieka przemawia do nas z głębin czasu i jego otoczenia.

Kumagai Naozane był japońskim wojownikiem sławnym z tego, że ściął głowę młodemu samurajowi Atsumori. Wydarzenie to stało się osnową jednej z najbardziej znanych historycznych sag dawnej Japonii, Opowieści Heike.

Donald Richie jest jednym z głównych autorytetów Zachodu w sprawach japońskiej kinematografii. Napisał między innymi "The Films of Akiro Kurosawa", "The Inland Sea", i "Public People, Private People". 
Spośród wszystkich swoich książek najwięcej czasu (ponad dziesięć lat) poświęcił na powieść "Kumagai. Droga wojownika" - tę, którą niniejszym przedstawiamy polskiemu czytelnikowi. Jest też ona najbardziej osobistą jego książką.

data premiery: 28 listopada 2008

ISBN: 978-83-60504-65-9

cena: 29,99 zł

wymiary: 125 x 195

liczba stron: 336

oprawa: miękka ze skrzydełkami

Fragment książki:

„... Ja, mnich Rensei, który jako Kumagai no Jirō Naozane byłem oficerem wojsk pana Minamoto, biorę oto w dłoń pędzelek piętnastego dnia piątego miesiąca pierwszego roku ery Genkyū.
Mam sześćdziesiąt pięć lat i przygotowałem się na śmierć, spisawszy swoją ostatnią wolę, teraz zaś pragnę wrócić do mojego życia. Doświadczyłem jego pełni i teraz pragnąłbym opisać to, co przeżyłem.
Od innych ludzi różni mnie jedynie to, że mam chęć i możliwości, żeby to uczynić. Jako kapłan mający niezbyt liczne obowiązki mogę siedzieć w celi klasztoru Seiryōji i rozmyślać o przeszłości.
Świątynia ta jest stara – wzniesiono ją długo przedtem, zanim się urodziłem. Tuż przed wejściem do mojej samotni znalazłem niewielki ogródek i polubiłem jego pielęgnowanie.
Jest dość skromny – kilka kamieni, drzewo, parę kęp mchu – ale zajmowanie się nim daje mi sporo satysfakcji. Po południu oświetlają go skąpe promienie zimowego słońca.
Siedzę tu więc, wspominam i piszę. Mam do dyspozycji bibliotekę, archiwa i niektóre z opisów wojen moich czasów. A jednak moje rozliczenie się z przeszłością będzie spisane prawdopodobnie równie źle, jak moja ostatnia wola, i podobnymi gryzmołami. Jak wielu innych ludzi z mojego pokolenia i o mojej pozycji społecznej, nigdy nie opanowałem kaligrafii w stopniu choćby dostatecznym.
Spoglądam na leżący przede mną manuskrypt z zapisem mojej ostatniej woli. Jako oficjalny dokument spisany został w podniosłym stylu – szczególnie w części dotyczącej mojego pochówku.
Jednak w części odnoszącej się do mojej rezygnacji z jakiegokolwiek raju poza najwyższym jest prawdziwy. Ponieważ w tym życiu sięgałem wysoko, nie widzę powodu, żeby rezygnować z tych aspiracji w życiu następnym.
Aby zacząć od początku... Urodziłem się przed sześćdziesięciu pięciu laty w szóstym roku ery Hōen (1140) na płaskich, pełnych łąk i błot równinach Musashi w odległości dwu tygodni marszu na wschód od stolicy.
W tamtych latach wiele z tych lasów trwało w najlepsze i nie osuszono żadnych moczarów. Konsekwencją tego była obfitość zwierzyny – królików, borsuków i niedźwiedzi.
Jednego z ostatnich niedźwiedzi zabił mój ojciec i dzięki temu zdarzeniu zyskałem nazwisko.
A oto, jak to się stało. Jeden z tych niedźwiedzi upodobał sobie pustoszenie okolic Ōsaty na równinie Musashi. Po tym, jak mój ojciec zabił tego niedźwiedzia, dostał tam spory kawał ziemi. Miejsce to nazywano odpowiednio Kumagaya – niedźwiedzia dolina – i ojciec mój przyjął to miano za swoje własne.
A było mu potrzebne. Choć pochodziliśmy z rodu Taira i mój dziadek piastował wysoki urząd, wygnanie do Musashi uczyniło z nas ludzi bezimiennych. Za karę, ponieważ mój dziadek otrzymał od cesarza rozkaz pozbawienia się życia. Będąc człowiekiem lojalnym, wykonał ów rozkaz i mój ojciec byłby niechybnie umarł jako niemowlę, gdyby niania nie wyniosła go ze stolicy. Po przybyciu do Musashi został adoptowany przez miejscowego możnego pana, Nariki Tayu z rodu Hisashita, a gdy osiągnął odpowiedni wiek, poślubił jedną z jego córek. Nazywano go Kumagai Naosada. Nazwisko miało nowe i do tego szorstkie brzmienie. Ale mimo wszystko nieźle nam służyło i dobrze się żyło na równinie pośród zgromadzenia chat nazywanych na wyrost dworem w otoczeniu wieśniaków i żołnierzy, którym nie pozwalano już na udział w bojach.
Być może to właśnie było powodem, dla którego mój ojciec zabił owego niedźwiedzia. Pragnął w jakikolwiek sposób się wyróżnić i wybić. Zabicie niedźwiedzia w Niedźwiedziej Dolinie nie było wielkim czynem, niektórzy jednak zwrócili na to uwagę, być może dlatego, że ojciec mój miał wtedy zaledwie szesnaście lat. W taki więc oto sposób moim rodzicom przyznano prawa do ziem, które stały się później znane jako nasza rodzinna posiadłość, a po śmierci ojca, co stało się w dwa lata później, rozdmuchano opowieść o zabiciu niedźwiedzia i żałowano go powszechnie, wspominając jako wielkiego myśliwego.
Choć miałem wtedy zaledwie dwa lata, zapamiętałem co nieco z ceremonii pogrzebowej – długie przemowy, płomień wielkiego stosu pogrzebowego i modły do ducha mojego będącego w niełasce dziada. Później, kiedy już podrosłem, udzielono mi pełniejszych odpowiedzi dotyczących jego osoby. Był wiernym członkiem klanu Taira, lojalnym wobec cesarza, ale zmuszono go do samobójstwa w rezultacie rzuconego nań oszczerstwa. Imperator został wprowadzony w błąd przez członków rodu Fujiwara, nieustannie wtrącających się w sprawy rządowe i ludzi z klanu Minamoto, którzy bez przerwy parli do władzy.
Jednym z rezultatów wszystkich tych wydarzeń było to, że mój ojciec, który mógłby zasłynąć jako wielki wojownik, stał się znany tylko jako miejscowy myśliwy. Innym, że po śmierci mojego starszego braciszka – który umarł wkrótce po ojcowskim pogrzebie na jakąś dziecięcą chorobę – zostałem sam z kiepskimi widokami na życie. Po śmierci mojej matki – stało się to, gdy miałem sześć lat – jako sierotę oddano mnie na wychowanie jednemu z synów starego Nariki, człowiekowi o nazwisku Hisashita Naomitsu.
Mój ojciec przeżył swoje dość krótkie życie w cieniu historii własnej rodziny i początkowo podobnie było ze mną.
Choć jak wszyscy chłopcy w moim wieku pływałem w rzece, wspinałem się na pień starej pigwy, zakładałem sidła na króliki, łowiłem ryby i zastawiałem pułapki na kmiotków, wieczorami z innymi członkami rodziny, która mnie adoptowała, siadaliśmy wokół ognia, a ja słuchałem opowieści o dawnych czasach w stolicy, kiedy moje rodowe nazwisko
otaczał szacunek, a dziadek był wielkim człowiekiem.
Podczas tych właśnie długich letnich wieczorów, żyjąc daleko od stolicy, postanowiłem poprawić swoją dolę. Nie miałem ojca, starszych braci i nikogo, kto mógłby mi pomóc, dość wcześnie więc zrozumiałem, że mój los leży wyłącznie w moich rękach i sam muszę zapracować na sukces w życiu.
W końcu stało się tak, że jako jedyny spośród innych wiejskich dzieci podjąłem próby wykształcenia. Stary Nariki Tayu także wierzył, że pomoże mi to wyjść na ludzi i w odległej świątyni odszukał kapłana, który za niewielką opłatą zgodził się nauczać mnie czytania i pisania.
Tak więc podczas zimowych chłodów i letnich skwarów dreptałem do świątyni, gdzie ziewający z nudów kapłan usiłował wbić mi do głowy znajomość sudoku i nauczyć czytania znaków. Nie bardzo mu się to powiodło – do dziś mam trudności z odczytaniem czy napisaniem strony.
Na szczęście uczył mnie również katakany jako pomocy w odczytywaniu kanji, i te szczęśliwie opanowałem. Ten uproszczony system zapisu wciąż pozostaje moim głównym sposobem pisemnej komunikacji z innymi. Ale mimo braku znaczących postępów wdzięczny byłem staremu Nariki za to, że zapoczątkował moją edukację. Wdzięczność ta niestety nie rozciągała się na jego syna.
Dość wcześnie na przykład dano mi do zrozumienia, że nie mam co liczyć na pomoc wuja, który mnie adoptował, pana Hisashity Naomitsu. Nauczył mnie jazdy konnej, posługiwania się włócznią i krótkim mieczem, ale nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności za moją przyszłość.
Ten zimny, i jak się później miałem dowiedzieć, zawistny człowiek powiedział mi pewnego wieczoru, że będzie mnie karmił, dopóki nie skończę osiemnastu lat (w tym wieku umarł mój ojciec), a później sam będę musiał zatroszczyć się o swój los.
Tak też uczyniłem i teraz oto, niemal po czterdziestu latach, siedzę tu z pędzelkiem w dłoni i rozpamiętuję swoją przeszłość. Porzuciwszy Musashi udałem się do odległego Heiankyō (Kyoto), by stać się wojownikiem, a teraz siedzę w stołecznym Seiryōj Kurodani, jako świecki kapłan szykujący się do nieco dłuższej podróży.
Świątynia ta jest miłym dla oczu miejscem. Ma wiekowe boazerie, wydeptane i starte nadproża, a także pięknie ukształtowaną kratę nad wejściem. Przypomina mi wiejską świątyńkę, gdzie uczyłem się czytania i pisania, a tłusty kapłan chrapał donośnie, czemu towarzyszyło brzęczenie żwawych latem much.
Wyrazistość wspomnień wzmaga i to, że wciąż jeszcze się uczę. Od czasu do czasu zagląda do mnie jeden z akolitów, który pomaga mi w nauce chińskich ideogramów: to ostatnie jest niezbędne, jeżeli mam z powodzeniem zrobić to, co jeszcze mi zostało do zrobienia na tym świecie. Polubiłem moją świątynię: podobnie jak ja, była świadkiem wielu wydarzeń.
I trwa – a nawet jest pełna życia. Teraz, gdy Hōnen został wygnany i nikt już nie prowadzi spraw duchowych, zamieszkało tu wielu młodych ludzi. W istocie są ludźmi świeckimi, którzy przybrali mnisie kaptury i pozwolono im zostać. Nie znam powodu, dla którego tak się dzieje – może zamierzają stworzyć jakąś kongregację. W istocie są niewiele lepsi od wędrownych kuglarzy. Większość z nich improwizuje ballady, akompaniując sobie na lutniach. Mają niewiele obowiązków, żaden z nich nie jest przesadnie pobożny i nie wiem, jak widzą swoją drogę w kapłaństwie.
Słyszę ich i teraz, słyszę daleki brzęk ich instrumentów, kiedy próbują swoich wierszy – tak typowych dla dzisiejszych, nieopierzonych i niezdarnych młodzików. Słucham dalekich śpiewów:

Kiedy gubernator Aki pielgrzymował z Ise
do Kumano, zdumiał się, gdy do jego łodzi
wskoczył wielki morski okoń. Przypomniawszy
sobie, że taka sama ryba wskoczyła za dawnych
dni na pokład statku króla Wu, uznał
wydarzenie za szczęśliwy omen i choć był to
czas wstrzemięźliwości, podczas którego należało
przestrzegać dziesięciu zakazów, wszyscy
wspólnie nasycili się dorodną rybą. Może z tego
właśnie powodu los tak bardzo mu sprzyjał
i może właśnie dlatego on, oraz jego synowie
i wnuki pięli się po szczeblach kariery szybciej,
niż smok wzbija się ponad chmury.

Tego ranka śpiewali o wodzu Kiyomori. I jak zwykle się mylili. Ten wielki okoń wskoczył do jego łodzi – o ile w ogóle wskoczył z własnej woli – znacznie później. I choć zjedzono go w dniu, kiedy było to zakazane, nie zaowocowało to – jak utrzymują ci niewiedzący niczego młodzi – pasmem szczęśliwych wydarzeń. O ile wiem – a służyłem pod rozkazami pana Kiyomori – było to zapowiedzią końca jego sukcesów.
Ale nie. Chwała jest tym, czego pragną młodzi. Raczcie tylko ich posłuchać. Synowie i wnuki pięli się po szczeblach kariery szybciej, niż smok wzbija się ponad chmury.
Oto o czym śpiewają – może dlatego, że teraz ludziom młodym i pełnym ambicji niełatwo osiągnąć znaczną pozycję w świecie. Może dlatego przychodzą do leżących na uboczu świątyń i śpiewają o sukcesach innych. Za moich czasów, inaczej niż teraz, było spore zapotrzebowanie na ambitnych młodzików, szczególnie tych, którzy nie mieli rodziców, pieniędzy i widoków na życie. Czuliśmy to nawet w odległym Musashi. Czasy były niespokojne i w powietrzu wisiały zmiany.
Na długo przed moim urodzeniem zachłanność Heiankyō cieszyła się złą sławą. Miejscowi zarządcy pojawiali się w otoczeniu żołnierzy i pod pozorem ściągania podatków zabierali wszystko, co mogli załadować na wozy.
Często nakładano kary pieniężne albo grzywny i wielu właścicieli ziemskich doprowadzono do ruiny. Codziennie docierały do nas wieści o nowych ziemiach zagarniętych pod takim czy innym pretekstem.
Konfiskowano dwory i posiadłości ziemskie razem z inwentarzem żywym i wieśniakami – całe rodziny przepędzano z pól, które niegdyś uprawiały. A potem skonfiskowane ziemie ogłaszano ziemiami cesarskimi, wolnymi od podatków. Wątpliwe jednak było, czy ten haniebny proceder napełniał złotem cesarskie kufry. Nasi ciemiężcy byli urzędnikami administracji, którzy sami stawali się niezależni od dworu. A ponieważ coraz więcej było ziem zwalnianych od podatków, pozostałe obciążano podatkami coraz wyższymi. Cały kraj padał ofiarą takiej zachłanności.
Widzieliśmy, jak to się odbywało. Mieszkający w sąsiedztwie gospodarz został zrujnowany, jego dzieci sprzedano, a dwór zajęto, choć właściciel i jego żona powiesili się na belkach wspierających okap. Tak dłużej już być nie mogło. Coś musiało się zmienić. I tak się stało – żyjące na prowincji rodziny zwróciły się o ochronę do wojowników, co oznaczało pracę dla miejscowego żołnierstwa z lokalnych klanów, albo Taira – w przypadku mojej części kraju – albo Minamoto. Mądrzej było poszukać sobie protektorów, niż stracić wszystko na rzecz urzędników cesarza.
Konsekwencją takiego stanu rzeczy było to, że niezbyt liczne grupki wojowników przekształciły się w stałe armie. Mogę jedynie mówić o tym, co widziałem w Musashi wśród klanu Taira, ale przypuszczam, że to samo działo się w ziemiach Minamoto. Choć jednostki obu rodów tradycyjnie służyły w stolicy jako straże – jednym z takich ludzi był mój dziadek – i choć oddziały stacjonowały zarówno w stolicy, jak i poza nią, aż do tej pory nie było stałych armii.
Miałem mniej więcej piętnaście lat, kiedy stałem się świadkiem powstawania tych armii. Biegałem do bramy, żeby popatrzeć na grupy żołnierzy maszerujących w jedną lub w drugą stronę. Często wędrowne kompanie przedstawiały się i żądały, żeby je nakarmiono. Jedząc jaglaną kaszę, żołnierze opowiadali o ważnych wydarzeniach dziejących się w stolicy.
Oczywiście dałbym wszystko za to, żeby się przyłączyć do któregoś z tych oddziałów. Choć ryby łowione w strumieniach i zwierzęta upolowane w lasach były dla mnie bardziej realne, niż wszystkie wielkie stołeczne rody, wiedziałem, że strzelanie do saren z mojego dziecięcego łuku nie zapewni mi żadnego godnego stanowiska w wielkim świecie.
Zaledwie nauczyłem się władać mieczem, który miał starą, pokrytą rdzą i tępą głownię, z ogromną ochotą zacząłem staczać pojedynki z wiejskimi chłopakami, mającymi równie jak ja nic niewartą broń. Wychodziliśmy na plac i przedstawialiśmy się przeciwnikowi, podając imię, rodzinę i pozycję społeczną.
Ja, Kumagai Jiro Naozane z rodu Taira... Wciąż słyszę mój dziecięcy głos. Potem syn wieśniaka wymyślał dla siebie jakieś miano i po dopełnieniu tych formalności zaczynaliśmy zawziętą rąbaninę. Tak właśnie w dawnych dniach walczyli ze sobą mężczyźni. Wszystko było formalne. Każdy wiedział, z kim walczy. Nie tak, jak teraz, kiedy wielkie masy ludzi mordują się anonimowo. Co prawda tych formalności przestrzegali tylko przywódcy, którzy sami byli wielkimi wojownikami. Dziś mamy tak wielu wielkich wojowników, że brakuje czasu na długie przygotowania. Wtedy zaś żadnego z żołnierzy – nawet oficerów – nie uważano za wielkiego. Otaczano ich raczej pogardą i niechęcią. Uważano, że są przydatni tylko w rozstrzyganiu sporów o ziemie i utrzymywaniu porządku w prowincjach.
Dom cesarski był im może wdzięczny za ochronę, ale regenci z rodu Fujiwara mieli tych nowych żołnierzy w pogardzie. Zarówno możni panowie, jak i przywódcy rodu Fujiwara traktowali tych nowych żołnierzy jak my naszą domową służbę, z tą różnicą, że my wydawaliśmy polecenia rozważnie i z namysłem, podczas gdy arystokraci w ogóle o nich nie dbali. Posyłali po prostu swoich wojowników na małe, lokalne wojenki, gdzie ich dziesiątkowano, albo kazali im towarzyszyć poborcom podatków, żeby ci ostatni mogli bezpiecznie podróżować. Ci wojownicy byli ostatecznie prostymi ludźmi liczącymi na łup – jak ja uciekinierami z wiejskich gospodarstw.
Jakże wszystko się zmieniło – i to na przestrzeni życia jednego człowieka. Teraz status wojownika jest w rzeczy samej wysoki. Są wśród nich rozmaite klasy, a wewnątrz tych kolejne stopnie. Utworzyli protokół zachowań i coś w rodzaju dworskiego ceremoniału. Syn wieśniaka jest teraz wysokiej rangi oficerem i nauczył się wykorzystywać rekrutów tak, jak sam był niegdyś wykorzystywany. I zyskali bardzo na prestiżu. Wojownik jest w istocie wielkim człowiekiem i obawiają się go nawet bogaci kupcy. Bardzo różnią się ci dzisiejsi wojacy od tych, którzy za moich czasów człapali po stołecznych ulicach.
A wszystko to stało się za mego życia skutkiem wydarzeń, które zniszczyły stary świat i stworzyły nowy. Dwa potężne wojskowe klany Taira i Minamoto – z których każdy rościł sobie prawa do władzy – zwróciły się przeciwko sobie, a ja odegrałem w tym swoją rolę, usiłując zdobyć sobie pozycję w świecie. Ja, który niegdyś jako chłopiec stawałem naprzeciwko jakiegoś kmiotka i wołałem: „Oto stoję, ja, Kumagai Naozane z rodu Taira...”.
Może powinienem powiedzieć kilka słów o sobie i swoim charakterze. Urodziłem się zdrowy i los obdarzył mnie krzepką budową ciała. Dopiero niedawno zaczęła mnie zawodzić. Jestem człowiekiem średniego wzrostu, mój wygląd niczym mnie nie wyróżnia wśród innych ludzi i w większości spraw można mnie uznać za przeciętnego.
W jednym jednak jestem człowiekiem różnym od innych. Należę do osobników, którzy łatwo tracą panowanie nad sobą i niejednokrotnie wiele przez to straciłem. Zawsze działo się to wbrew moim najlepszym interesom. Moim celem zawsze było poświęcenie się działaniom, które miały mi pomóc we wspięciu się ku szczytom wybranej profesji.
Teraz mógłbym się doliczyć przynajmniej kilku – byłem wieśniakiem, żołnierzem, świeckim kapłanem – co mogłoby wskazywać powód, dla którego w żadnej nie osiągnąłem znaczących sukcesów. W rzeczy samej tak właśnie to widzę. Z drugiej strony, jak zaświadczą o tym moje zapiski, wciąż dążę ku szczytom. Teraz na przykład pragnę dostać się do najwyższego raju.
Muszę jednak przyznać, że sens i cel tych moich nieustannych wysiłków były wątpliwe. Mój przewodnik w sprawach ducha, Hōnen, sam nieraz się zastanawiał, dlaczego tak wiele znaczyły dla mnie opinia i mniemanie innych. Uznał mianowicie, że moje dążenie do prymatu i wysokiej pozycji społecznej miało na celu zdobycie szacunku.
Ale nie jest tak, że liczy się dla mnie to, jak widzą mnie inni. Ważne jest, co ja sam o sobie myślę. I właśnie z tym kłóci się mój słynny gwałtowny charakter.
Drugą moją słabością jest to, że często zastanawiam się nad ukrytymi motywami ludzkich uczynków, rozważając wszelkie możliwości. Nieustannie zadaję sobie pytania.
Prowadzi to do pokrewnego uczucia – sentymenty nie pozwalają mi wykorzystywać przewagi. Choć niejednokrotnie usiłowałem to zmienić, próby zawsze kończyły się niepowodzeniem. Niepokorny umysł to uparte zwierzę i muszę jechać na takim, jakie jest.
I – aby zakończyć listę moich wad – napiszę, że szanuję prawdę, której nie umiem się wyrzec, choćbym nie wiedzieć jak próbował. Przykładem może być dylemat, jakiego doświadczałem, kiedy odkryłem, że przypisuje mi się ścięcie głowy panu Atsumori. Istotnie, dokonałem tego i fakt ten zapisano na listach wojennych wyczynów.
Chciałbym jednak, żeby wiedziano, że nie pragnąłem, iżby postrzegano mnie jako złoczyńcę – nawet takiego, który usiłuje to odpokutować. Nie jestem złym człowiekiem – w rzeczy samej uważam się za człowieka godnego i chciałbym, żeby i inni takim mnie widzieli. Pogłoski jednak przedstawiają wszystko w fałszywym świetle i to pozbawia mnie spokoju ducha, choć wyjaśnienia mogłyby pogorszyć jeszcze moją opinię.
Taki właśnie jestem – zawsze postępuję wbrew moim życiowym celom. Unicestwiwszy szanse na karierę wojskową, siedzę tu i próbuję unicestwić swoje szanse na osiągnięcie wysokiej pozycji w stanie kapłańskim. W obecnych czasach pisanie o przeszłości takiej prawdy, jaką zamierzam przedstawić, może ściągnąć na piszącego poważne nieprzyjemności ze strony cenzury.
A jednak siedzę tu i piszę, dla powodów błahych i niepraktycznych. Chcę znaleźć jakiś sens w przeszłości i odkryć go w swoim życiu; chcę powiedzieć prawdę. Czyż to nie zabawne? Ale cóż, taki już jestem.
Ale teraz piszę o mędrcu, jakim się stałem. Wróćmy do niedoświadczonego i nieokrzesanego młodzika, jakim byłem.
Po tak licznych wizytach rozmaitych wojowników – oddziałków grasujących po drogach – mieszkający na prowincji zrozumieliśmy, że zarówno Taira, jak i Minamoto zbierają siły i że w powietrzu wiszą jakieś ważne wydarzenia.
Miało się ku wojnie. Zaczęła się jesienią pierwszego roku ery Hōgen. Zabrała mi wspaniałego człowieka, nauczyciela szermierki nazwiskiem Kurō. Został zaangażowany przez panów Minamoto do szkolenia rekrutów.
Ponieważ od dawna już patrzyłem z zazdrością na przechodzących żołnierzy, urodziwych młodzieńców szukających swojego miejsca w świecie, skorzystałem ze znajomości z panem Kurō, żeby się do nich przyłączyć.
Wuj, który mnie adoptował, pan Naomitsu, wcale się temu nie sprzeciwiał. W rzeczy samej rad był, że jego krewniak, na którego utrzymanie musi łożyć, idzie sobie precz. I tak pewnego pięknego dnia wczesną jesienią wyruszyłem w nieznane z mieczem, choć bez konia, idąc krętą wiejską drogą pomiędzy ciężkimi od plonów sadami.
Droga wiodła do obozu Minamoto, jedynego w naszej części kraju. Przyłączyłem się do pana Kurō i postarałem się mu pomagać. Teraz może się to wydać dziwne, że chłopak z rodu Taira przyłączył się do żołnierzy Minamoto, ale wtedy jeszcze nikt się nie spodziewał, że te dwa klany zewrą się w śmiertelnej walce zakończonej unicestwieniem jednego z nich. Uważaliśmy raczej, że obie rodziny powinny się połączyć dla ochrony przed zachłannością regentów Fujwara. W tamtych czasach nie było niezwykłym, że dwaj bracia przystawali do różnych klanów albo ojciec i syn przyłączali się do dwu oddziałów, by odkryć po pewnym czasie, iż stoją po przeciwnych stronach.
Lojalność wobec klanu była – w przeciwieństwie do czasów obecnych – czymś mało ważnym. Liczyła się możliwość wykorzystania nadarzających się okazji. Ktoś, kto wkraczał do stolicy, żeby bronić majestatu cesarza, mógł się związać z jakimś robiącym karierę oficerem – nieważne, z jakiego klanu – i to decydowało o jego losie. Tak więc uznałem, że zostanie żołnierzem pod wodzą oficera oddanego panom Minamoto było rozsądnym postępkiem.
Jednocześnie jednak ten zwyczajowy brak lojalności prowadził do rozlicznych komplikacji.
Mój własny dowódca, Minamoto Yoshitomo, był jedynym członkiem swojej rodziny, który nawiązał bliższe stosunki z rodem Taira. Skutki tego czynu dały znać o sobie później, podczas wojny Hōgen, kiedy okazało się, że jest jedynym Minamoto po stronie pana Taira no Kiyomoriego.
W konsekwencji, żeby chronić cesarza, Yoshitomo (jak się o tym przekonamy) oblegał pałac cesarski w tym samym czasie, kiedy jego własny ojciec i bracia byli wśród obrońców.
Choć pod wpływem Kurō znalazłem się w szeregach oddziałów Yoshitomo, byłem zbyt młody i moja pozycja społeczna była zbyt niska, żebym mógł się zbliżyć do naszego wodza. Niedawno przekroczył trzydziestkę i do wszystkiego podchodził z powagą i troską – teraz wiem, że była to charakterystyczna cecha wszystkich członków jego rodu. Tak czy owak widziałem w nim wielkiego człowieka (może dlatego, że związałem z nim swoją przyszłość) i bardzo chciałem udowodnić, jak wiele jestem wart. Podążałem za nim z zapałem i entuzjazmem.
W końcu dotarły rozkazy. Nasze oddziały miały ruszyć na stolicę, żeby chronić majestat cesarza. Przypominam sobie teraz, że było to pod sam koniec jesieni i do tej chwili zachowałem wspomnienie mocnego zapachu ziarna i jabłek. Maszerowaliśmy przez lasy, przekraczaliśmy góry, brnęliśmy rzecznymi brodami i przechodziliśmy przez wioski, z których każda następna była podobna do poprzedniej.
Kiedy było to możliwe, rozbijaliśmy obozy w pobliżu wiosek i traktowaliśmy kmiotków w sposób niewiele różniący się od tego, jak sami niedawno byliśmy traktowani.
Braliśmy jadło, napitki, nawet dziewczęta. Byliśmy już żołnierzami: wpierdalaliśmy wszystko, co znaleźliśmy i jebaliśmy wszystko, co się dało.
Używam dokładnie takich słów, jakimi określaliśmy te czynności. Teraz, kiedy Yoritomo niedawno „oczyścił” armię – zinstytucjonalizował nawet kąpiele – tak prostych określeń się nie słyszy. W tamtych czasach jednak pierdzieliśmy, kiedy mieliśmy na to ochotę, szczaliśmy tam, gdzie akurat staliśmy, sraliśmy obok miejsc, gdzie układaliśmy się do snu i śmierdzieliśmy tak, że rozstępowały się nad nami chmury. Byliśmy ludźmi prostymi i bezpretensjonalnymi.
Pewnego chłodnego dnia późnym popołudniem, obszedłszy dookoła wysoki grzbiet górski, zobaczyliśmy leżącą w dolinie wielką stolicę Heiankyō. Teraz wygląda ona inaczej, ja jednak wciąż pamiętam ją taką, jaką zobaczyłem wczesną zimą leżącą pod nami i oświetloną promieniami nisko już wiszącego na niebie słońca.
Miasto zbudowano na planie prostokąta – co nas mocno zdumiało – i przecinały je długie, proste aleje, różne od krętych uliczek i zaułków innych widywanych przez nas wcześniej miast. Drogi te przecinały się pod kątem prostym, tworząc sieć wielkich kwartałów. Stolica była tak rozległa i tak zaplanowana, że wszyscy się zatrzymaliśmy i gapiliśmy się przepełnieni podziwem.
Miasto leżało przed nami jak na dłoni i mogliśmy widzieć maleńkie z powodu odległości bramy i większe dachy świątyń, prostokąty zieleni wewnątrz zabudowań pałacowych i wszystkie kwartały mieszkalne. W powietrzu unosił się dym z kuchni, któremu promienie nisko wiszącego słońca nadawały złotą barwę.
Był to widok, do którego szybko przywykłem, a w końcu zaczął mnie irytować. To dlatego, że zatrzymaliśmy się tam, na tej przełęczy. Oficjalnym powodem było to, iż mieliśmy strzec stolicy przed oddziałami górskich mnichów wojowników, których Fujiwarowie nakłonili
do ataku na stolicę. Prawdziwym zaś powodem było to, że Incydent Hōgen (jak się go nazywa teraz, kiedy przestano określać go mianem wojny) był w zasadzie lokalną zawieruchą. Ściąganie wojsk z tak odległych prowincji jak Musashi nie było konieczne. Dlatego trzymano nas z dala od centrum wydarzeń.
Moi czytelnicy powinni zrozumieć ponure nastroje, z jakimi obserwowaliśmy bitwę toczącą się na oczach ludzi, którym kazano pozostać na wzgórzu i którzy nie mogli zejść do stolicy, żeby tam zdobyć majątek. Wszyscy widzieliśmy ognie pożarów i niekiedy dostrzegaliśmy szeregi żołnierstwa oraz uciekających mieszkańców.
O tym, co się tam stało, dowiedzieliśmy się później. Naszą wojnę wywołały incydentalne nieporozumienia wewnątrz cesarskich dworaków. Cesarz Toba abdykował – zgodnie z obyczajem. Odkąd Fujiwarowie zapragnęli osłabić dom cesarski i zwiększyć wpływy swojego rodu, na tego rodzaju abdykacje patrzono dość różnie, choć ze strony cesarza była to decyzja rozsądna. Rozsądna dlatego, że ceremonialne powinności cesarza były takie, iż jedyną możliwością postępowania wedle własnego uznania była abdykacja i następnie korzystanie z przywilejów przysługujących byłemu władcy.
Abdykujący cesarz Toba oznajmił, że następcą ma zostać jego dwudziestoośmioletni syn, Go-Shirakawa, który też wstąpił na tron w drugim roku ery Kyūju (1155). Gdy tylko oznajmiono tę decyzję, były imperator Toba umarł, a jego drugi syn, pan Sutoku, natychmiast zakwestionował ojcowską decyzję i wystąpił przeciwko panu Go-Shirakawa.
Rywalizacja pomiędzy braćmi była powszechnie znana. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się nic podobnego, choć dworscy bibliotekarze natychmiast rzucili się do ksiąg w bezowocnych poszukiwaniach precedensów. Każdy z obu pretendentów miał swoich zwolenników. Panowie Fujiwara uznali, że siła leży po stronie Sutoku, podobnie jak Minamoto, którzy już uzgodnili z tymi, którego kandydata mieli poprzeć. Z drugiej strony członkowie rodu Taira postanowili poprzeć Go-Shirakawę. Tak więc, choć wojska miały popierać cesarza, problemem stało się, którego z nich poprzeć. Stronnicy jednego i drugiego w pewnym sensie stali się buntownikami, a o prawdziwej lojalności mogło zdecydować tylko zwycięstwo.
Taki był bieg wydarzeń, które obserwowałem ze wzrastającą niecierpliwością z mojej górskiej wyżyny. Widziałem rozprzestrzeniające się pożary i nadstawiałem ucha, by usłyszeć odległe rżenie koni i wrzaski. A potem wszystko się skończyło. Obudziłem się pewnego ranka i zobaczyłem tylko dymy i cienkie szeregi żołnierzy maleńkich niczym mrówki na stole. Byli to zwycięscy zwolennicy cesarza Shirakawy. Oznaczało to zwycięstwo rodu Taira, pana Kiyomori, Yoshitomo i mnie samego; ponieważ natychmiast spostrzegłem korzyści wynikające z urodzenia się jako członek klanu Taira, choć obecnie nosiłem barwy Minamoto.
Na dole widać było wielkie zbiegowisko. Nie mogłem dostrzec szczegółów, ale okazało się, że były to egzekucje.
Tego roku w stolicy upuszczono tyle krwi, że na prowincji nie pokazali się nawet poborcy podatków. Na placu straceń panował ruch, jakiego nie widziano nigdy przedtem.
Pośród straconych, którzy stanęli po niewłaściwej stronie był pan Tameyoshi, ojciec mojego dowódcy. Yoshitomo błagał o darowanie życia jego ojcu, ale pan Tara no Kiyomori dość rozsądnie zapytał go, jak inaczej zwycięzcy mogą rozprawić się z uzurpatorem Sutoku i zaproponował stanowczo, żeby syn sam jakoś rozwiązał ten kłopotliwy problem.
Powiedziano mi potem, że syna zmuszono do eskortowania lektyki, w której zabrano jego ojca. Zapewniono go, że chodzi o bezpieczeństwo, ale na górskiej ścieżce żołnierze
zatrzymali lektykę i zmusili starca, żeby wysiadł i uklęknął.
Potem, zgodnie z otrzymanymi rozkazami ścięli mu głowę.
Mówiono, że pan Tameyoshi zachował się godnie i nie stawiał oporu, a jego głowę dostarczono do stolicy, nie została jednak wystawiona na widok publiczny.
Oczywiście, wystawiono i inne głowy. Wkrótce pospólstwo mogło podziwiać głowy większości z synów pana Tameyoshi – braci Yoshimoto. Jedynym, który uciekł, był Tametomo, o którym powiadano, że był największym mistrzem łuku swoich czasów. Tego jednak dość szybko schwytano, poprzecinano mu ścięgna obu dłoni i zesłano na odległą wyspę Oshima, gdzie nigdy już nie miał napiąć cięciwy.
Ten rodzaj śmierci za życia wywołał wiele przychylnych komentarzy, ponieważ obyło się bez rozlewu krwi. Zarówno cesarscy dworacy, jak i panowie Fujiwara byli ogromnie poruszeni rzezią, jaka nastąpiła po bitwie. Od stuleci kary zwykle ograniczały się do chłosty i wygnania. Teraz jednak prawo zostało zmienione i coś takiego jak ścięcie stało się tak pospolite, że ludzie przestali nawet zatrzymywać się, by popatrzeć na wytrzeszczone oczy niegdysiejszych znajomków.
Tak więc, podczas gdy my odpoczywaliśmy na naszym wzgórzu, ponad stu ludzi pozbawiono głów. Powiadano, że powodem wstrzymania egzekucji było to, iż zabrakło karków do ścinania. Co się tyczy mojego dowódcy, pana Yoshitomo, zyskał złą sławę jako człowiek, który dowodził egzekucją swojego ojca. Minister Fujiwarów, pan Michinori, który miał poślubić córkę Yoshitomo, odrzucił jej rękę i poślubił córkę pana Kiyomoriego.
Nasz zapomniany na wzgórzu oddział też doznał gorzkiego rozczarowania, ponieważ związaliśmy się z człowiekiem, który popadł w niełaskę. Kiedy pan Yoshitomo przypomniał sobie o nas wreszcie i przyszedł dokonać przeglądu szyków, powitaliśmy go w ponurym nastroju. Ja też nie patrzyłem już nań oczami błyszczącymi podziwem.
Jego poparcie straciło dla mnie wszelką wartość – nie mógł mnie nawet przedstawić w stolicy. Gotów byłem poszukać szczęścia gdzie indziej. Decyzja okazała się szczęśliwą, bo nie minęły cztery lata, a pan Yoshitomo sam stracił głowę.
I oto teraz i tutaj, gdy piszę w tych ponownie surowych czasach, panowie Minamoto – ród panujący, do którego udało mi się przyłączyć po raz drugi, w przeciwnym razie nie siedziałbym tu – uprościli historię, wygładzając i upiększając to, co naprawdę się wydarzyło.
O późniejszych politycznych machinacjach się nie wspomina, ponieważ, jak wam wiadomo, wyniesienie rodu Minamoto było wolą Hachimana, wielkiego boga wojny.
Teraz, kiedy siedzibą jakże uległej rodziny cesarskiej jest Heiankyō, gdzie lisy spacerują po ulicach, a ruiny dawnych pałaców stały się legowiskami borsuków, wyniesienie na szczyty władzy rodu Minamoto jest postrzegane jak coś, co było przesądzone od samego początku, a klęska klanu Taira od tegoż początku była nieunikniona.
Panowie Minamoto może i uratowali kraj – jak utrzymują – ale też wpędzili go w ruinę. Wiele z tego działo się w sposób naturalny, prosty, niewinny i ustało, gdy Tairów wreszcie przygnieciono do ziemi. Ale gdy Minamoto zyskali większą władzę, niż do niedawna jeszcze mieli potężni Fujiwarowie, pojawiła się nowego rodzaju podejrzliwość, wzmożona przez rozważania polityczne.
Powinienem mieć dość rozumu, żeby o tym nie myśleć, a tym bardziej pisać. Z mojej strony jest to bardzo nieostrożne. W końcu wojnę wygrał klan Minamoto. Moje upodobanie do innych czasów, ery do której nikt już nie sięga wspomnieniami, nie przyniesie mi żadnego pożytku.
Ale taki już jestem: praktyczny i dbający o swoje interesy, a jednocześnie podatny na chwile słabości, w których żałuję czasów minionych – zaginionego świata Tairów i nawet głowy małego Atsumori kołyszącej się na falach przypływu.
Niewątpliwie jest to moją poważną wadą.
Po tym, jak Incydent Hōen dobiegł końca, a nasz cesarz GoShirakawa został we właściwy sposób osadzony na tronie, oddziały rozpuszczono. Następny okres mojego życia okazał się przygnębiający, ponieważ wędrowałem w orszaku upokorzonego Yoshitomo.
Popadłem w kiepski nastrój; czułem się tak, jakby moje życie w ogóle jeszcze się nie zaczęło; byłem wieśniakiem, który nie mógł wrócić na swoją ziemię i żołnierzem, który nigdy jeszcze nie brał udziału w walce. Choć nie rozpaczałem, bo na szczęście takie uczucia były mi całkowicie obce, z pewnością nie mogło mnie zadowolić to, czym do tej pory los wynagrodził moje starania i ambicje.
I wtedy usłyszałem pogłoski, które mnie żywo zainteresowały. Zwycięscy panowie Taira zwiększali liczebność swoich stołecznych oddziałów, żeby zapewnić bezpieczeństwo
Jego Cesarskiej Wysokości Go-Shirakawy. Było to konieczne, ponieważ panowie Minamoto ponownie gromadzili wojska wokół Heinankyō, pod pretekstem ochrony tegoż samego cesarza.
W takim stanie rzeczy wojownicy Tairów ponownie zostali powołani pod klanowe sztandary, a jednym z nich był żyjący nadal w Musashi mój wuj Naomitsu. Nie był on wojownikiem i – jak okazało się później – człowiekiem honoru, wolał więc pozostać w domu. Wysłanie mnie zamiast niego było sprawą dość prostą. Mnie z kolei wystarczyło przypomnieć sobie los dziadka, który zginął niesprawiedliwą śmiercią z powodu będących już w niełasce Fujiwarów i osłabionych obecnie panów Minamoto.
I tak, mając osiemnaście lat, wkroczyłem wreszcie do Heiankyō – a dzięki pamięci o moim umęczonym dziadku, powierzono mi dowództwo niewielkiej grupy żołnierzy.
Udając weterana, zaprowadziłem w marszu dyscyplinę wśród moich ludzi, w razie potrzeby dając upust wściekłości, i jednocześnie skutecznie postarałem się ukryć podziw, kiedy wreszcie przekroczyliśmy stołeczne bramy.
A doprawdy byłem zdumiony. Przede wszystkim ilością ludzi – nigdy przedtem nie widziałem tylu zgromadzonych w jednym miejscu. Wszędzie, gdzie spojrzałem, widziałem mężczyzn, kobiety i dzieci. Gdziekolwiek popatrzyłem, widziałem wojowników na koniach, piechurów z halabardami, kupców z idącymi ich śladem i niosącymi tobołki sługami, spacerujące pieszo kobiety, damy w lektykach i powozach zaprzężonych w woły, biegnących tu i tam z rozmaitymi zleceniami chłopców, bawiące się wspólnie dziewczynki i wszelkiego rodzaju żebraków. Do dziś pamiętam pierwsze proste pytanie, jakie zadałem sobie, ujrzawszy to nieoczekiwane widowisko: „W jaki sposób wszyscy ci ludzie znajdują sobie jakieś zajęcie?”.
Gapiliśmy się na nich znacznie dłużej, niż oni na nas.
Przywykli już do widoku codziennie przybywających oddziałów dowodzonych przez hałaśliwych młodych podoficerów.
Nie interesowali się nami nawet żebracy, którzy zdążyli już odkryć, że niczego od nas, poza kilkoma kopniakami, nie dostaną. My jednak wytrzeszczaliśmy oczy, gapiąc się na otyłą żonę kupca z równą ciekawością, jak na jadącego konno oficera.
Oszołomiła nas także różnorodność barw – cynober zbroi, głęboki błękit opończy, smolista czerń pokrytych laką hełmów – widoki nieznane w naszych mizernych wioskach. Odurzyły nas zapachy – woń ciętego cedru, zapach świątynnych kadzideł i korzennych przypraw, których nigdy przedtem nie znaliśmy: cynamonu, aloesu czy muszkatu.
I tak owego pierwszego dnia maszerowaliśmy szerokimi, długimi ulicami stolicy – dopiero po południu odkryłem, dokąd powinniśmy się udać. Cel naszego marszu leżał we wschodniej części miasta, za niedawno wzniesionym mostem Gojō – wcześniej był to teren otwarty dla wszystkich.
Tam właśnie w miejscu zwanym Rokuhara zbudował swoją rezydencję nasz wódz, pan Taira no Kiyomori. Było to bardziej miasto, niż dom – budynek obok budynku, dziedziniec za dziedzińcem, wszystko wzniesiono na miejscu niedawnych łąk i gajów, rezydencja sięgała do łańcucha wzgórz prowadzącego ku świątyni Kiyomizu. Wszystko też było zupełnie nowe i w powietrzu wisiała tu jeszcze woń surowego drewna.
Zbliżając się do wrót tej rozległej rezydencji, dostrzegliśmy grupy sprawnie maszerujących oddziałów, a poprzez kłęby kurzu zobaczyliśmy kilku mężczyzn na koniach. Poleciłem moim ludziom, żeby usunęli się z drogi – nie mieliśmy pojęcia, kim byli tamci wojownicy, a w pamięci nas wszystkich tkwiły jeszcze historie wydarzeń Hōgen. W tejże chwili przejechał obok nas prowadzący szyk jeździec.
I tak oto pierwszego dnia spotkał nas zaszczyt ujrzenia wodza Kiyomori. Zapamiętałem dobrze tę chwilę, ponieważ była najbardziej wyrazistym momentem owego pełnego dziwów dnia. Pan Kiyomori miał na sobie czarną zbroję i dosiadał czarnego ogiera, a jego czarny hełm niósł kroczący obok konia i jeźdźca giermek. Zapamiętałem głównie nos pana Kiyomori – wydatny i mocny. I uszy. Także były wielkie i odstające w sposób, który u innego męża, o mniej imponującym wyglądzie mógłby się nawet wydać zabawny. W tamtych czasach Kiyomori miał około czterdziestu lat i wyglądał jak uosobienie wszystkich pięknych cech wojownika.
Oto był wybitny wódz, o którym tak wiele słyszeliśmy – przywódca naszego klanu i człowiek, któremu ród Taira zawdzięczał swoją dominującą pozycję. Patrzyłem na niego oczami rozpłomienionymi entuzjazmem...”

Share this